eGNOSIS

Bohdan Kos (ur. 1941) – fizyk teoretyk, filozof,  poeta. W latach 80—tych współkierował podziemnym wydawnictwem LOS. Publikował w Odrze, Znaku, Powściągliwości i Pracy, Kulturze niezależnej, Manuskripte, Muschelhaufen oraz Gnosis. Wydał tomy wierszy Podróż złudna oraz Atrament. Jest współautorem przekładu kabalistycznych tekstów Sefer Jecira oraz Sefer-ha Bahir.
 

Kamień zwany Onychinem  

Bohdan Kos

 

Widzę słup powietrza. Obaj widzimy jasny słup powietrza. Tlen jest naszym chlebem powszednim. Widzenie świetlistego słupa jest codziennością. Powietrze jest zimne, przelatuje i dzwoni o szyby. To jest melodia Mozarta, jednego z potępionych. Trzeba oganiać się od takich dusz, których pełno tu w powietrzu; nie wpuszczać byle kogo. Trzeba uważać. Więc zamykamy okno. Teraz jest ciepło. I wino smakuje lepiej.
Ja jestem geometrą — poszukiwaczem aniołów. On pająkiem. Sądzą niektórzy, że miłość geometrów do pająków jest odwieczna. Ci w zasadzie mają rację, choć to zdanie wymaga komentarza, który właśnie formułuję.
Papier jest pożółkły, a atrament bladawy. Moja wątroba chora. Mój umysł gnuśny. Lecz to nie niepowodzenie, to raczej bezgraniczny sukces, uczynił mnie nieco zgorzkniałym. Moje nazwisko jest wszystkim znane. To ja jestem równy Aniołom. To ja unoszę się po im przyznanych trajektoriach pierwszego eonu. Jak doszedłem do tego stanowiska, do tej górnej godności, że jestem wśród powietrza, dusz, planet? Jak na własną orbitę zasłużyłem? To było bardzo łatwe. Kiedy umarł Abraham Kohlenberg, nasz mistrz, pozostawiając, jak wszyscy zmarli, otwartą książkę, niedoczytaną stronicę, ja pierwszy z jego uczniów wszedłem do pokoju. Podążyłem za ostatnią linią wzroku, jak za podkreśleniem. To była prosta formuła: idź gdzie płynie rzeka Bdelion i gdzie rodzi się kamień onychin. Onychin znaczy onyks. Z onyksu zbudowany jest tron Najwyższego i obramienie trybunału Sądu. To jest kamień Aniołów. A ja byłem Aniołów poszukiwaczem. Moja zręczność polegała na tym, że umiałem odczytać nie tylko formułę, ale i kształt cienia, jaki rzucała książka. Wszedłem w tekst i jednocześnie w ten cień. Laską zatrzasnąłem okładkę. Teraz cień okazał się cieniem domu, w którym umarł Abraham. Pobiegłem przez ogród i plebanię. Zbyteczne opisywać moje wędrówki. Po latach dotarłem do małej wioski, która nazywała się Eden Tu. Przepływał przez nią strumyk, który miejscowa ludność nazywała Bdelion. Odnalazłem opuszczone domostwo i młotkiem, moim wykwintnym młoteczkiem, jedynym przedmiotem, z którym się nie rozstawałem przez czas wędrówki, uderzyłem w najniższy stopień schodów, świecących lekkim miodowym blaskiem. Ledwie zdążyłem się wspiąć na schody. Skuteczność formuły była tak olbrzymia, że powiew uniósł budowlę natychmiast. Zobaczyłem pod sobą rozdziawione gęby gawiedzi, która nie wiedziała, czy gapić się na oczywisty cud, czy walczyć o mój złoty trzewik, który został na ziemi. Nie wiedziała, co bardziej opłacalne. Ledwie to widziałem. Leciałem ku Aniołom. Radośnie wbiegłem po schodach na górę. Tu, gdzie teraz jestem. Ten pokój był taki jak teraz, jaki będzie zawsze.
Uniosłem głowę w zachwycie, żeby ujrzeć przybliżające się powietrze. I zobaczyłem jego. W pajęczynie. W rogu pokoju.
Otworzyłem okno.
— Idź — powiedziałem. — Zdążysz jeszcze na swej nici spuścić się ku ziemi. Zdążysz.
I żeby nie być gołosłownym schwyciłem papier i szybko obliczyłem; pomnożyłem wysokość naszego lotu przez pole przekroju pajęczej nici. Ta druga liczba była tak mała, że przemnożona przez pierwszą wielką, dała w wyniku znikomą kropelkę jego pajęczej treści.
— Zdążysz. Tu nigdy nie będzie much. Zginiesz z głodu. Za oknem będą tylko Anioły.
Ale on milczał, długo milczał. Była w tym milczeniu pogarda i bezgraniczny tryumf nade mną.
Wtedy nieważne było dla mnie, kim był, nieważne jego milczenie. Ja przecież wypatrywałem Aniołów. Żal mi było choć na chwilę odejść od okna. Skoro byliśmy w ich ekliptyce, musieli być już bardzo blisko. Szukałem na obręczach planet, w kroplach deszczu, na pyłkach lżejszego od powietrza kurzu.
Przyglądał się mojej pracy. Linijkom, kątomierzom, oprawnej w skórę Skróconej Angelologii Nowego i Starego Świata. Któregoś dnia przecież odezwał się:
— Nasz bezruch, cienkość nóg, a przede wszystkim cierpliwość, czynią nas prawie nieśmiertelnymi. Jedna mucha wystarcza nam na trzysta pokoleń. Smak jej czujemy na zawsze. Trwa w nas, jak sam kryształ czasu.
Jego cierpliwość jest równa mojej niecierpliwości. Przepraszam go za mój nietakt, i dodaję, że sam jestem raczej żarłokiem. Milczy. On jest kaleką. Przegub jego szóstej nogi, licząc od przedniej prawej ku lewej i dalej ku tyłowi, jest złotą protezą. Misterna tulejka i osadzona w niej kulka zastępuje mu kolano. Tą nogą porusza w chwilach dezaprobaty, kiedy irytują go moje słowa. Smakuje nią w przestrzeni swoją gorycz. Wtedy chcę go udobruchać facecją: opowiadam o dziewczynie, którą spotkałem nad rzeką Bdelion; prała w jej biblijnej wodzie fatałaszki. Wiem, że nie lubi opowieści o praczkach. Nie przyjmuje do wiadomości gminnych zajęć, zwłaszcza dla kobiet. Droczę się z nim. Opowiadam, jakby była samym gorącym łonem, umieszczonym w niebie. W końcu dodaję: praczką się jest tylko z profesji rąk, dłoni, najdalej po łokieć; polub tę opowiadaną przeze mnie dziewczynę. Usiłuję wmontować w owe dziewicze smakołyki coś, co go poruszy; drganie przezroczystych skrzydeł, bzyk jakiś, bo opowieść musi być po połowie smaczna dla opowiadającego i słuchającego. Na nic moje zręczne wstawki, porusza chromą nogą, powiada, że nie dorósł do demokracji.
Rozmowy z nim skracały czas mojego oczekiwania. Ale Aniołów ciągle nie było. Po roku ich bezskutecznych poszukiwań, ja, znający formułę, postanowiłem powtórzyć obliczenia, a kiedy je ukończyłem, stanąłem oko w oko z widmem, co przeraża małością swego quantum. Stanąłem naprzeciw małego, niewiarygodnie małego prawdopodobieństwa napotkania Anioła. Abraham Kohlenberg mylił się. Gdzieś w notatkach, o dwa rzędy przesunął mu się przecinek. Potem powoli, z ironii, przeciwko sobie, na złość Aniołom, wykonałem inne obliczenia. Prawdopodobieństwo spotkania z muchą. Były prawie identyczne. Byliśmy nareszcie zrównani. Ja w oczekiwaniu Anioła, on — muchy. Przyjaciele. Ale i więźniowie.
Przygląda się moim obliczeniom. Promień słońca lśni na jego archaicznej protezie. To on swoim milczeniem znalazł błąd. Wiedział o nim zawsze. Może nawet więcej? To on uczynił prawdopodobieństwo znalezienia Anioła tak nikłym, jak muchy w stratosferze. To on zrównał je swoją władzą nad liczbami. Anioł i mucha na jego wadze stały się dwiema porównywalnymi cielesnościami. Umie nawet igrać języczkiem wagi, przyrzucając szans raz temu raz tej.
Kim jest w swej rosnącej nade mną władzy? W jakiej pułapce się znalazłem? A może nie jestem zupełnie sam? Muszą być jakieś inne pokoje w tym domu, meble. Młotek, kowadło. Kalosz Spinozy. Porzucone przedmioty. Krzyż z Panem Jezusem. Na strychu lekkie pierze w starych poduszkach. I ci, co mieli ułożyć na nich głowy. Dzieci, dorośli. Gdzie są? Może rozmawiają ze sobą cicho, żeby nie urazić mojej samotności. Czego ode mnie oczekują?
Trzeba obniżyć lot, zrefować żagle, zdać się na przypadek, na jego przypływy i odpływy.
I znów mijały lata, planetarne okrążenia. Trwały dysputy i moje wikłanie się w jego sieci. On był uprzejmy, wielkoduszny. Jakie cudowne kobiety umiał sprowadzać na pocieszenie. Greczynki, Fenicjanki, babilońskie nierządnice. Nigdy nie zapomnę pewnej pulchnej Aleksandryjki: „Kocham pana, markizie” — i z zainteresowaniem przyglądała się moim białym pończochom, tajemniczo jak cień leżącym na podłodze. Dziwiła się, że patrzę na Księżyc. Wzruszała ramionami. Mówiła: — Księżyc jest zawsze, a ja tylko raz, jak kometa.
Jakże starannie je dobierał, kusił różnorodnością. Rano odnajdywaliśmy po nich torebki pełne zadziwiających, cacuszkowatych przedmiotów: pierścionków, szminek, puderniczek i antykoncepcji. Rozdawaliśmy potem te bibeloty przelotnym żebrakom, handlarzem starzyzny, nienarodzonym dzieciom: naści, nędzne duszyczki! A one, spragnione czegokolwiek, choć trochę ziemskiego, przechwytywały w zachwycie i szczebiocie te porzucone zapłaty za cielesną miłość. Wszyscy razem, nikczemnicy, pyzate buzie niemowląt, ptaszyny boże pożerały złoto, puder i drobne monety. Guzik od stanika chrupał pod ich ostrymi ząbkami.
Obudziłem się z krzykiem, ktoś przedzierał stronice Godzinek księcia de Berry. Przez pejzaż lutego, w poprzek śniegu, przebiegało pędzące w zawrotnej prędkości rozdarcie. Trudno jest przedrzeć pergamin, ale ów ktoś ze snu czynił to z łatwością. Zrozumiałem; to ci z ziemi wzywali mnie do siebie, może tylko upominali. Chciałem lecieć do Chantilly. Sprawdzić, wygładzić zadrę. Siłą swoich znajomości odwołać senne widzenie. Przecież nie chcę zostać tu na zawsze. Przecież wrócę tam, gdzie w ciężkim, dobrze osadzonym w ziemi zamku, ucztują moi krewni. Kiedyś moja cierpliwość wyczerpie się. Powiem: dość. Nie uwikła mnie nierządnicami. Zbiegnę do piwnicy, rzucę się w dół, w otwartą czeluść powietrza, ku ziemi.
Po co kłamać, tysiące razy rzucałem się ze schodów w otchłań, ale moja grawitacja zakotwiczona była w murach i stropach tego domu. W tym pokoju. W tych śliskich, anielskich sferach. Między ziemią i Bogiem, w cienkiej ślinie pająka.
Ile obiegów znów tak minęło? Nauczyłem się z nim rozmawiać po nowemu w pustym, zwyczajnym świecie, pozbawionym Aniołów i much.
— Kompot był trochę za ciepły — powiadam.
Mam wrażenie, że lubi, kiedy zdejmuję surdut i, nim zasiądę do kart, syty, prowokuję jego ascezę.
— Ta talia — mówię rozkładając pasjans — ma z górą sto lat, cztery, pięć pokoleń.
Chcę go rozśmieszyć dziecinnym wiekiem moich kart. I rzeczywiście, słyszę jak się cicho śmieje. Sięga do archiwum swego ciała. Opowiada o swojej kredowej przeszłości, o owym przodku, przez koneksje z którym, zna zmysłowy, niemal erotyczny zapach muchy.
— Końcem języka przeciągam po czymkolwiek, czuję jej smak bardziej rzeczywisty, niż wszystkie wasze wspomnienia razem wzięte — mówi. — Zaś starszy brat dziadka i jego syn, znali się na odonata, rodzaju leśnych ważek, wymarłym już gatunku, słabym, lecz nadzwyczaj subtelnym. W sekundzie śmierci wydziela orgastyczną słodycz, tak delikatną, że ja, udziałowiec tylko bocznej linii tego wspomnienia, nie słodzę do dziś herbaty, by byle czym nie uszkodzić tej czystej struny słodyczy, która płynie w moim rodzie. Dla was świat jest jeden. Nanizany na samolubną pojedyńczość każdego z was. Wszystko po razie. Wszystko tylko dla siebie.
Oburzam się, ale wiem, że ma rację. I tylko jego pogardy nie mogę znieść. Wtedy wybucham:
— Ja też mam znakomitych przodków i szeroko, rozlegle płynie moja krew. Przyjrzyj się mojej twarzy. Moim oczom. Czołu. Moim palcom. Moim przodkom.
On milknie, a ja opowiadam o Janie de Berry. Jak egzekwował w swoich dobrach prawo pierwszej nocy. I jaką uciechę czynił ten obyczaj wśród wieśniaczek. I jak, dzięki literze książęcego prawa, obyczaje erotyczne najwykwintniejszego w Europie dworu, zbłądziły prostą drogą pod strzechy.
A on wzdycha. Bez zrozumienia. Wszystko, co mówi, służy tylko usidleniu mnie. Czasem przecież, w jego wyliczonym, zimnym wikłaniu, pojawiał się błąd. Jak choćby wtedy, gdy nie docenił mojego związku z aksamitnooką Egipcjanką. Sprowadził mi ją, darował, dziewczynę z hieroglifem płci, tak pełnym znaczeń, że rozkosz zawiodła nas pewnego razu na krawędź istnienia. Tam, gdzie nie było już świata, Aniołów, much, wiecznego lotu, a my, wciąż wcieleni w siebie, widzieliśmy rzeczywistość coraz mniej kategoryczną, łatwą i pełną możliwości. To intensywność naszego połączenia pozwalała rzeczom rozluźnić własne wzajemne przenikanie. Korzystały z tej możliwości nieroztropnie; zagapiały się i odsuwały od siebie, a w szczeliny pomiędzy nie wlatywały chciwe sensacji robaczki świętojańskie.
Motyl (nie, nie motyl, lecz to, co z niego zostaje, kiedy swawolny filozof oderwie od niego nazwę) usiadł na otwartej dłoni dziewczyny i zapominając o nektarze, kontemplował swój zawrót głowy. A ja ciągle byłem w niej, w olbrzymim gmachu wolnej przestrzeni; echo powtarzało nasze wzajemne w sobie bycie i mogliśmy iść, gdzie chcemy. Lustra, stawy i łąki przyjmowały nas jednocześnie. Byłem o krok od wyzwolenia. Biegłem wstecz. Byłem znowu w domu zmarłego Abrahama i czytałem od końca zdanie o kamieniu onychinie. Cień. Drzwi, które prowadzą na zewnątrz. Są oczywiście niezamknięte; osobno futryna, osobno nazwa. Ona, naga, namaszczona zapachem ziemi, wiodła mnie za sobą, wskazując drogę. Ale rozkosz jest nicią archaicznie materialną, i pająk, władca wszelkich nici, panuje nad nią. Teraz pociąga nią i odwołuje mnie z ziemi, z rozkoszy, z dziewczyny. I wracam do poranku w naszym pokoju. Słup jasnego powietrza. Obrazek na ścianie.
Nowe piętro jego pajęczyny. Mówi o ironii płciowości. Gatunki. Podziały komórek. Powielanie misternej spirali. Spotkania płci, przypadkowe i w ostatecznym rozrachunku żałosne. Uśmiecha się ironicznie.
— Wiesz, kim była? Wiesz, kim byliście? Ledwie się rozpoznający, prawie oddzieleni przegrodą gatunków, prawie wobec siebie bezpłodni. Wiesz, kim była?
— Tancerką z grobu kapłana Nacht, z osiemnastej dynastii?
— Tancerką, tancerką — zrzędzi. — Niczego innego nie możesz sobie wyobrazić! Pomyśl: dziewczyna bierze sobie kochanka młodszego od siebie o trzy tysiące lat!
Śmiech jego jest skrzypiący. To zadowolenie z siebie musi go kosztować sporo energii. Skróci jego życie o dobre sto lat. Tylko od której strony?
— Więc kim była?
Milczy. Zdaje się, że przez delikatność milczy. Ale niepotrzebnie. Wiem, ciała ich za każdym razem wracają po oczyszczeniu do Krainy Zmarłych. Zdążyła mi to powiedzieć, nim jego kaprys nas rozdzielił. Cóż to szkodzi, słodka, umarła dziewczyno? Mumio wilgotna od moich pocałunków. Może to i lepiej, że będziemy mogli powołać się na miłość umarłych. Na komunię ich nieśmiertelnej, nierozkładalnej już śliny.
Milczy. Tylko nogą gładzi nić wysnuwaną z siebie. Sam tworzy swoją przestrzeń. Sam siebie w czasie i przestrzeni.
— Milcz — krzyczę. — Milcz sobie! Mogę cię zabić. Zabiję cię packą na muchy. Mój gatunek jest bezinteresowny i rozrzutny w zadawaniu śmierci. Genealogia zabitych jest bogata, bogatsza niż żywych. Jacy wspaniali, inteligentni. Jacy piękni? Jacy płodni? Jak umieją rozpłomieniać kobiety?
Zasypia z otwartymi oczami, znudzony. Jego oddech jest równy, kosmiczny.
Przemierzam pokój po przekątnej i wzdłuż ścian. Jutro zrobimy porządek. Wyrzucę notatki. Spod łóżka wymieciemy śmiecie. W poranną, ciemną chmurę, ja wyleję z butelki mój mocz, a on wyrzuci wykwintną, przezroczystą laseczkę swoich odchodów.
— Księżyc — przypomina mi. Nastawiamy lunetę. Zdejmujemy deklinację i rektascencję Księżyca. Notujemy je w kalendarzu. Taka jest nasza codzienność. Cocykliczność.
Aż którejś wiosny, to było niedługo po tym, jak jakaś litościwa kobiecina z zewnątrz umyła nam szyby, ogrodnik pobielił ściany, a jego córka przyniosła trzy bratki, zdarzyło się to niemożliwe: przez uchylone okno wleciała, przesądzając swój los, mucha. Zwykła, bzycząca, ziemska mucha. Ostrożnie zamknąłem okno. Teraz to była sprawa godzin, najwyżej dni. Rozrysowujemy jej trajektorię, mówiąc szeptem.
Usiadła na parapecie. Przefrunęła w odległości stopy od pajęczyny. Smętnie przygląda się powietrzu zza szyby. Znów lata zacieśniającym się kręgiem wokół sieci. Czyści lewe skrzydło. Od dwóch tygodni siedzi na futrynie drzwi. Aby nie milczeć, może żeby skrócić czas, który i dla niego staje się teraz nadmierny, pyta:
— Dlaczego zabiłeś tego młodego człowieka w karczmie w Tybindze?
— Co za pytanie! Którego młodego człowieka? Słabą nam pamięć do młodzieńców... Ach, tak, rzeczywiście. Było. Ale nie mówi się: zabiłeś, kiedy zabija się w pojedynku. Nie chciałem go zabić. Pamiętam tylko tę młodziutką dziewczynę, o którą poszło. Moja pamięć jest szlachetna: chowa zmarłych i zapewnia im pokój, wywyższa żywych.
— To była jego narzeczona?
— Nie, raczej znajoma. Przyjaciółka jego siostry. Zresztą znałem go. Nie pojedynkuję się z nieznajomymi. Przychodził do zamku i gawędziłem z nim często o cenach zboża. Czy czymś takim. Miał niebieskie oczy i delikatne dłonie, był inteligentny i dowcipny.
Macha się nie porusza. On milczy. I nagle mówi:
— Otwórz okno.
Wypełniam jego prośbę, otwieram szeroko okno, a ona, czarny skrzydlak, wolno odlatuje: najpierw prosto, potem zygzakami. Śmieszna, niepotrzebna mądrość tych zygzaków wywołuje współczucie. Kiwamy głowami. Uciekła. Była tu, a jest tam.
Jakże wielka jest nasza wielkoduszność... Nasza?! Nie jadam much. Wielkoduszność jest tylko jego. A on cofa się teraz w całym, nieziemskim majestacie do tamtej paleolitycznej muchy swego pradziada, niewykształconej, aromatycznej idiotki, prymitywu o sześciu zaledwie nogach. Pan czasu przeszłego. Pan wszystkich czasów. Nabuchodonozor mojego powietrza.
A ja? Ja pojmuję przypowieść o musze. Zapewniam go, że rozumiem.
Ale bardziej, niż to rozumienie, cieszy mnie analogia. Ja też doczekam się. Doczekam się Anioła. Zjawi się. Przezwycięży statystykę, która jest nudną grą. Przezwycięży, jak jego mucha. Zobaczę któregoś dnia jego olbrzymią, onyksową, niewiarygodnie świetlistą stopę, zawisłą na wysokości okna. Cóż uczynię? Wciągnę do pokoju jego anielskie ciało? Czy wespnę się po kolumnie nogi, jak kuglarz? Dosięgnę i zawisnę, jak skąpiec na worku z jego złotymi jądrami. Czy jeszcze wyżej dotrę, po torsie, aż do twarzy by wywrzeszczeć w jego ucho: „Jestem równy tobie”. Czy tylko usiądę na ramieniu i będę patrzeć, jak ślizga się po powietrzu, szczęśliwy, że nie istnieją samice jego gatunku.
Dlaczego Bóg obdarzył ich istnieniem — nie żeby zbliżyć nas do siebie, lecz żeby oddalić. Zasłonić jeszcze jedną przegrodą? Przeklęty, zazdrosny staruch, który wszystko może. Elohim. Panicz.
— Śmiejesz się. Podoba ci się to bluźnierstwo. Prawie odwieczny, pozwalasz sobie czasem być antagonistą Tamtego. Masz z nim powolniejsze rachunki. Wiem. Nie Anioły, tylko ty, możesz być pośrednikiem między mną a Nim.
Rzucam się na żelazne łóżko. — Masz mnie. Leżę tu jak wielka mucha. Starczy na tysiące twoich pokoleń. Tłuste nogi, niezepsute chodzeniem. Brzuch pełen wykwintnych smaków. Członek, którym z dziecinną zachłannością usiłowałem dawać rozkosz kobietom, wątroba, która wchłonęła najwspanialsze alkohole świata. Jestem, jak wielka encyklopedia świata. Paznokcie moje, w których odbija się dziewięć planet i twarz Anioła Śmierci, niech staną się twoją chityną. Oczy, które widziały van Eycków, rozłóż na barwy podstawowe. Doceń i wysącz wolno fiolety. Dłonie zostaw na koniec. Niech będą ci słodkie, jak przekładaniec. Poczekaj, aż opuszki palców, linie papilarne, pokryją się werniksem bezimiennej śmierci. Wtedy rozdzielaj warstwy dawnych dotknięć. Rozróżniaj: atłas, łąka koło wioski Dourdan. Skóry kobiet: królowa, hrabiny, służące, zakonnice o piersiach bielszych niż śnieg. Pamiętaj, to wszystko były miłości. Otocz pajęczyną każdą z nich. Nie pomyl, tkaczu boży. Rysunek na powierzchni inkrustowanego stołu w Etampes. Karty, które ze śmiechem wyłożył na zielone sukno baron Limburg i których białawy odblask nie zgasł we mnie nigdy. Oddawaj Bogu po kawałku. Dyskutujcie każdą cząstkę. Każdy nerw. Obroń mnie przed Nim. Wykup. Obroń moje nędzne ciało argumentem głodu, ekonomii, materii. Odszukajcie tamte kobiety. Ucztujcie z nimi. Wspominajcie. Zjedz we mnie także moje onyksowe Anioły. Wypij ektoplazmę ich ciał. Ale najważniejsze: zabierz mi pamięć.
A może nie chcesz mnie? Może nie jestem już ambitnym, tłustawym młodzieńcem, lecz suchym, kościstym starcem?
Słyszę jego śmiech.
Zna mnie. Zbadał swoimi lunetami moje serce, moje nasienie, moje uczynki. Są teraz mapą w jego archeologii. Pieczętuje niektóre z nich owalną pieczęcią praczasów.
— Markizie — powiada — idź po wino, pojednamy się.
Wykorzystuje swoje kalectwo, aby wydać ten nieobrażający mnie rozkaz. Schodzę do piwnicy, wybieram butelkę. Potem otwieram drzwi na zewnątrz i przyglądam się schodom, i otchłani, otwierającej się pod nimi, słojowi odpryśniętego od mojego młotka onyksu. Błyszczy miodowym przełomem. Jakaś nitka, może od koronek mojego żabotu trzepoce w szczelinie. Widzę ślad czyjejś stopy, kto tak niewinnie wszedł tu i wyszedł stąd.
Lecimy bardzo nisko. Za lasem błyszczy tafla jeziora. Wóz pełen chrustu skręca z leśnej drogi na bity trakt. Koń widziany z góry, jest obły i śliski, jak bakteria. Na polance mała, opuszczona świątynia. Młoda dziewczyna biegnie boso, niosąc pęk polnych kwiatów.
Uklęknę teraz w samotności, z dala od jego wiecznie otwartych oczu, uklęknę na najniższym stopniu onyksowych schodów, choć Bóg nie przyjmie tej modlitwy.
— Zważ moją rozpacz. Zważ moje cierpienie — powiem do Tego, którego opuściłem dla Aniołów.
I zapłaczę bez łez, bo i one nie zdołają dosięgnąć ziemi.

 

powrót do strony Opowiesci Wizjonerskich powrót do strony eGNOSIS